Adam Nowicki


Adam Nowicki (ur. 1936):
W 1976 roku zostałem zaproszony na doskonale zorganizowany, wielodniowy plener fotograficzny w Ełku. 
Tematem pleneru był szeroko pojęty krajobraz północno-wschodniej, nadgranicznej części Polski. Na terenach tych znalazłem się po raz pierwszy w życiu. Zauroczyły mnie piękno krajobrazu i wtopiona w niego drewniana architektura wiejska, często XVIII i XIX wieczna oraz wylewna, bezinteresowna serdeczność mieszkańców tych ziem. 
Wracałem tu dwukrotnie w letnie urlopy roku 78 i 79. Nieliczne, wówczas zawarte znajomości, trwają do dzisiaj. Niestety, czas zabrał z tego świata większość z poznanych wówczas ludzi.
Z żoną i małym wówczas synem przeszliśmy od Gołdapi do Włodawy, trzymając się możliwie blisko granicy z ówczesnym ZSRR, bowiem zauważyliśmy, że im bliżej granicy, tym więcej zachowało się tam pozostałości z dawnych czasów. Tak architektury jak i sposobu bytowania ludzi tych stron. To właśnie tam znaleźliśmy ostatnią kurną chatę w Polsce, kilka lat wcześniej zelektryfikowaną. 
Nic więc dziwnego, że nasza trasa często wiodła ścieżką polną wzdłuż granicy, w zasięgu wzroku rosyjskich pograniczników, siedzących na swych wieżach obserwacyjnych.
Wkrótce po wyjściu z Puszczy Rominckiej pojawił się na gaziku patrol WOP-u informując nas, że jesteśmy przyczyną małego konfliktu międzynarodowego, bowiem rosyjscy pogranicznicy dzwonili do Moskwy, że po granicy chodzą jakieś dwie osoby z dzieckiem (dla zmyłki) i fotografują ich obiekty graniczne. Przez długi czas, przynajmniej trzy razy w tygodniu, podjeżdżali do nas WOP-iści zaalarmowani przez swoją centralę, legitymując i starając nas zawrócić z drogi. To od nich dowiedzieliśmy się, że mają już dosyć tych telefonów z Moskwy do Warszawy, która ich wysyła w teren. Pod pozorem braku posiadania pisemnej zgody na poruszanie się w strefie granicznej, chciano nas wywieźć z niej. Ale jako mieszkaniec Gdańska (też w końcu leżącego na granicy), takiej zgody mieć nie musiałem, o czym zaświadczał dowód osobisty i taka próba byłaby bezprawiem. Tym sposobem mogliśmy nadal robić swoje. Przyjeżdżali i później, ale znali już naszą trasę, wiedzieli czemu szlajamy się po granicy. Nasze kontakty stały się bez mała przyjacielskie. Przekazywali o nas informacje sąsiedniej placówce, a ci przyjeżdżali, bo taki rozkaz.
W latach 1978 i 79 powstało moje podstawowe archiwum fotograficzne tych terenów. Chodząc od wsi do wsi, staraliśmy się żyć blisko z ludźmi tam mieszkającymi. Spaliśmy u nich w stodołach, na usilne nasze prośby lub z nimi w chacie, gdy uznawali w sposób zdecydowany, że nie godzi się nam spać w stodole, bo co by o nich powiedzieli sąsiedzi. Bywało, że razem wychodziliśmy pracować w pole, jako że był to czas żniw. Marni byli z nas współpracownicy. Próbując żyć wśród nich i z nimi, łatwiej było nie tylko fotografować, ale i zrozumieć, co się fotografuje. Trudno było się rozstawać, często obdarowywali jajkami i słoniną, odmawiając jakiejkolwiek zapłaty, choć nalegaliśmy.
Fotografując, starałem się utrwalić klimaty, znane ze starego polskiego malarstwa i równie starych fotografii. To, co w innych regionach kraju zachowało się w nielicznych skansenach, wyrwane z pejzażu i "poprawione" dla potrzeb ekspozycji, tu istniało w niepowtarzalnej scenerii. Nie sądziłem, że to, co fotografuję, zniknie całkiem z naszego pejzażu aż tak szybko. Nie wszystkie zdjęcia mają informację o dokładnym miejscu ich zrobienia. Nie przyszło mi wtedy na myśl, że po latach może to być bardzo istotne a pamięć stanie się tak zawodna. Fotografowałem przecie tylko dla własnej przyjemności, dla zachowania w pamięci związanych z tym przeżyć. 
Dzisiaj żałuję, że wówczas nie robiłem dokładnych notatek, które dzisiaj pozwoliły by dokładnie zidentyfikować miejsce każdej zrobionej fotografii. Chociaż kolejność zdjęć na filmie, zaznaczona na mapach nasza marszruta, notatki na większości zrobionych wówczas wglądówek, pozwalają dzisiaj na dokładne umiejscowienie zdecydowanej większości zdjęć.
Fotografowałem na filmach ORWO i FOTONU. Aparatami wówczas popularnymi w Polsce. Był to Zenit 3M i Zenit B z kompletem wymiennych, trzech obiektywów. 
Obróbka własna, łącznie z kolorowymi diapozytywami ORWO, które bardzo źle zniosły upływ czasu, i liczne pokazy przeźroczy. Do dzisiaj, kiedy nadszedł czas ich skanowania, dotrwały z mniej lub bardziej widocznym rozchwianiem barw i częściową utratą ich nasycenia. Na szczęście, współczesne oprogramowanie pozwala w znacznym stopniu straty te skompensować podczas komputerowej obróbki.
Nie ma już dzisiaj większości obiektów wtedy tam fotografowanych, zniknęła część wiosek i przysiółków, miejscami zmienił się krajobraz w istotny sposób. Nawet miasteczka takie jak Tykocin, Suwałki, Sejny czy Puńsk - w niczym nie przypominają już tamtych. 
Klimaty, które mnie zauroczyły - przeminęły z wiatrem...
Nic mnie już nie ciągnie w te strony. Nie chcę zacierać drzemiących w pamięci wspomnień.
[grudzień 2010]

3 komentarze:

  1. Panie Ojcze,
    Tyle jesteśmy warci, ile dobrego po nas na tym świecie zostanie.
    Zdjęć nie będę komentował - to kawałek mego dzieciństwa, wspaniałego dzięki Wam, moim Rodzicom. Wyniosłem z niego szczęście, radość, oraz m.in. olbrzymią wiedzę o starej polskiej wsi, często bardzo biednej, zapomnianej przez świat. Dzięki Wam wiem, że mleko bierze się z krowy, a nie z supermarketu :-)
    I jeszcze jedno. Dzięki naszym wędrówkom po miejscach które czasem robiły wrażenie, że Pan Bóg o nich zapomniał, pozostał we mnie szacunek do prostego wspaniałego wiejskiego ludu pełnego miłości do bliźniego.
    Oglądanie starych zdjęć jest jak dotyk tamtych czasów. Wracają wspomnienia, tęsknota, dziecięca radość tamtych dni. Znów słychać bzykot letnich łąk, czuć zapach siana w stodole, a przed oczyma staje obraz ciężko pracującego na polu konia, pobłyskującego kropelkami potu od pracy w palącym słońcu. Wracają wspomnienia "rodzinnej" pracy na polu przy koszeniu trawy, przerywanej co pewien czas kubkiem prawdziwego porządnego zsiadłego mleka wcześniej schłodzonego w pobliskim potoku, oraz kawałkiem chleba którego "wczoraj" wyjmowałem z pieca razem z Panią Gospodynią.
    Takie zdjęcia jak te tutaj cieszą, ale i wywołują wielki ból.
    Wspomnienia tamtych dni pozwalają mi dziś żyć w świecie za grosz nie podobnym do tego z Twych zdjęć, dodają siły i pozwalają wierzyć że tamten świat, i tamci ludzie jeszcze gdzieś muszą być na tym nędznym świecie. Jednak świadomość że miejsc z tych fotografii, i tamtych wspaniałych ludzi już nie ma, że to co oglądamy to już tylko kawałek historii, kawałek świata nieodwracalnie straconego... to boli.
    Bo to był naprawdę normalny, zdrowy świat. Ponadto radio dawało się słuchać, telewizora nie było (bo nie było nas na niego stać :-) a telefon w okolicy był jeden, na pobliskiej poczcie :-)
    Wielu takich jak ja miało okazję tego świata jeszcze posmakować. Czasem zastanawiam się czy to moje "szczęście" czy może jednak "pech wielki"...
    Ale... Dzięki takim miejscom jak to "Muzeum Etnofotografii" wracają do nas nasze ciepłe, szczęśliwe chwile, i wspomnienia warte zachowania w pamięci.
    Tak więc dzięki takim fotografiom, którymi dzielisz się z innymi, zostanie po Tobie coś dobrego. A dzięki temu "Muzeum" dobro to rozdawane jest każdemu, kto znajdzie chwilę czasu by się TU zatrzymać, by zapaść się w otchłań lat które minęły.

    Maciej Nowicki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Drogi Macieju,
    czy mogę prosić o kontakt? Mój adres: spacerowiczliteracki[at]gmail.com.

    dziękuję,
    Marcin Wawrzyńczak

    OdpowiedzUsuń